Europa przyparta do muru
Kryzys euro osłabił Unię nie tylko gospodarczo, ale i politycznie. Partnerzy skrzętnie to wykorzystują
Zakończony we wtorek szczyt G20 w meksykańskim Los Cabos zamienił się w sąd nad strefą euro. Przywódcy najbardziej uprzemysłowionych państw świata i szefowie najważniejszych instytucji finansowych oskarżali Europę, że wywołuje niepokój na rynkach finansowych i hamuje światowy wzrost gospodarczy.
Z wszystkich stron padały apele do unijnych przywódców, aby jak najszybciej uzdrowili źle skonstruowaną unię walutową. Przede wszystkim domagano się jednak zakończenia walki z kryzysem przez cięcia wydatków, które nie doprowadziły do ożywienia wzrostu gospodarczego i powstania nowych miejsc pracy. Zamiast tego przywódcy apelowali do Europy, by postawiła na ożywianie wzrostu gospodarczego.
UE kontratakuje
– Nie przyjechaliśmy tu, aby nas pouczano – mówił zirytowany szef Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso.
Kiedy kanadyjski dziennikarz zapytał, dlaczego amerykańskie banki miałyby narażać swoje aktywa, pomagając Europie, Barroso wyraźnie stracił cierpliwość.
– Jeśli pan wspomina USA, to warto przypomnieć, że kryzys zaczął się właśnie w Ameryce. Pewne nieortodoksyjne metody stosowane przez amerykańskie banki zaraziły europejski rynek finansowy – odpowiedział szef KE.
– Nie jesteśmy jedyni, którzy odpowiadają za obecne problemy ekonomiczne na świecie – wtórował mu przewodniczący Rady Europejskiej Herman Van Rompuy.
BRICS prężą muskuły
W komunikacie końcowym przywódcy demonstrowali jedność. „Będziemy wspólnie działać, aby ożywić wzrost i uspokoić rynki". Na szczycie ustalono zwiększenie funduszu ratunkowego, z którego Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) może udzielać pomocy zadłużonym gospodarkom.
Przy okazji jednak pokaz siły postanowiły urządzić Brazylia, Rosja, Indie, Chiny i Afryka Południowa. Kraje nazywane BRICS wyłożyły wspólnie aż 95,5 miliarda, co pomogło zwiększyć fundusz ponad planowane 430 miliardów dolarów. Ale jasno dały do zrozumienia, że oczekują w zamian większych wpływów w zdominowanych przez USA i Europę Banku Światowym i MFW.
– Decyzja o reformie tych instytucji, np. zmianie systemu głosowania – zapadła już wcześniej, ale te zapowiedzi realizowane są bardzo powoli. Gospodarki wschodzące czują się coraz silniejsze i chcą wykorzystać to, że Europa znajduje się pod presją – mówi „Rz" Jonas Parello-Plesner z European Council on Foreign Relations.
Przywódcy BRICS uważają, że siła ich głosu w organizacjach międzynarodowych nie odzwierciedla znaczenia gospodarczego ich państw. Kraje, które reprezentują 40 proc. ludności i 20 proc. światowego PKB, zacieśniły więc współpracę polityczną i wspólnie zabiegają o wzmocnienie swojej pozycji. Starają się jednak nie wywierać zbyt dużej presji na Europę, która razem z USA stanowi wciąż połowę światowej gospodarki.
– BRICS zyskały w ostatnich latach na znaczeniu kosztem starych potęg. Doskonale sobie radzą w czasach kryzysu. Czują się coraz swobodniej i coraz śmielej wyrażają swoje zdanie. Ale są wciąż zbyt biedne, żeby przejąć odpowiedzialność za gospodarkę światową – tłumaczy „Rz" Agata Antkiewicz z Centre for International Governance Innovation w Kanadzie.
– Chiny mówią, że Europa powinna posprzątać swoje podwórko, ale są wciąż dość ostrożne, by nie pouczać nikogo, jak należy reformować. Co innego Ameryka – mówi Jonas Parello-Plesner.
To właśnie prezydent USA Barack Obama najbardziej naciska na UE, aby jak najszybciej ugasiła kryzys, stymulując wzrost. Obama spotkał się podczas szczytu z niemiecką kanclerz Angelą Merkel, która broni polityki cięcia wydatków.
Rady ze strony USA budzą irytację w Berlinie i Brukseli, ponieważ to głównie amerykańskie banki na potęgę udzielały kredytów, a na Wall Street wymyślono nowy produkt finansowy, jakim był handel toksycznymi długami. Finansowa bańka pękła w 2008 roku, kiedy upadł gigant Lehman Brothers, wywołując wstrząs na całym świecie.
Od tamtej pory Amerykanie wpompowali w swoją gospodarkę ponad bilion dolarów. Państwo udzielało wsparcia całym sektorom przemysłowym, m.in. firmom motoryzacyjnym.
Dziś jednak banki z USA nie udzielają pożyczek Europie. Ameryka nie zamierza też się dokładać do funduszu na ratowanie Europy w MFW.
– Obama jest przed wyborami i jego notowania nie są najlepsze. Dlatego wywiera presję na Europę – mówi Jonas Parello Plesner.
– Za oceanem kryzys euro jest odbierany jako wewnętrzna sprawa Europy. Premier Kanady bez ogródek mówi, że UE ma dość środków, aby sobie poradzić z kłopotami. A w USA po wpompowaniu pieniędzy we własną gospodarkę przepchnięcie pakietu ratunkowego dla Europy przez Kongres byłoby niemożliwe – dodaje Agata Antkiewicz.
